„Powrót do tamtych dni”: film, w którym Wrocław ożywa poprzez wspomnienia z dzieciństwa

Jeśli dorastałeś we Wrocławiu w latach 90., ten film przypomni ci coś boleśnie znajomego. Nawet jeśli go jeszcze nie widziałeś, deja vu podczas seansu jest gwarantowane. „Powrót do tamtych dni” (2021) to dramat o rodzinie na skraju załamania, emocjonalny rentgen dzieciństwa w świecie, który nagle zaczyna się chwiać: ze starymi telewizorami, kolejkami do automatycznej budki telefonicznej i dość specyficznymi oknami na osiedlu Szczepin. Film może być interesujący zarówno dla tych, którzy pamiętają tamte czasy, jak i dla tych, którzy chcą dowiedzieć się o nich więcej. Dlatego też strona wroclaw-trend.eu dzieli się najciekawszymi informacjami na temat tego unikalnego, sfilmowanego we Wrocławiu obrazu.

Wrocław lat 90.: nie dekoracja, a postać

Osiedle Szczepin, ze swoimi blokami, popękanym asfaltem i wyblakłymi ławkami przy klatkach schodowych, w „Powrocie do tamtych dni” staje się niemal żywą istotą. To nie jest tłem ani stylizacją, lecz miejscem, które oddycha własnymi wspomnieniami, szumami i zapachami. To tu dorastał reżyser Konrad Aksinowicz, i to właśnie te podwórka, jak mówi, „wplatają się w ciało filmu”. A widz, nawet nieznający Wrocławia, odczuwa tę intymną geografię jako własną.

Film był kręcony bezpośrednio w prawdziwym domu dzieciństwa Aksinowicza. We wnętrzach, które pieczołowicie odtwarzają mieszkaniowy klimat transformującej się Polski. Na ulicach, które rozpoznają mieszkańcy Wrocławia. W jednym z wywiadów reżyser przyznaje: ważne było dla niego, by zachować w kadrze nieidealny miejski anturaż – taki, jakim go pamięta z dzieciństwa, ze szczelinami w płytkach i hałasem starych tramwajów za oknem.

W zdjęcia aktywnie angażowano lokalnych mieszkańców. W szczególności głównego aktora – Teodora Koziara – znaleziono wśród wrocławskich uczniów. Dzięki temu w filmie pojawia się język i zachowanie młodzieży z tamtejszego środowiska, które nie jest stylizowane, a prawdziwe. To jeszcze bardziej wzmacnia efekt dokumentalnej obecności.

Co ciekawe, nawet sceny kręcone w pawilonie zachowują ducha miasta. Między innymi, mieszkanie głównych bohaterów zostało zbudowane w pawilonie Wrocławskiej Wytwórni Filmów – w sali nazwanej na cześć Bogusława Cybulskiego. Film jest dosłownie zrośnięty z miastem: od prawdziwej klatki schodowej po pawilonowe mieszkanie, od wspomnień z dzieciństwa po kadr filmowy.

Fabuła, która chwyta za serce

Początek wydaje się niemal bajkowy. Tomek mieszka z mamą w typowym polskim bloku. Ojciec pracuje w Ameryce – daleki, półlegendarny, z zapachem paczek „Marlboro” i obietnicami prezentów. I nagle wraca. Z dolarami, wideo, kolorowymi pudełkami „Kinder Niespodzianek” – symbolami zachodniego dobrobytu, który zaczyna przenikać do postsocjalistycznej Polski. Ale za blaskiem przychodzi rysa.

Stopniowo okazuje się: w walizkach ojciec przywiózł nie tylko przywileje, ale i uzależnienie. Alkohol staje się tu nie metaforą, a codziennością – głośną, lepką, odrażającą. Najpierw pojawiają się imprezy, potem agresja, potem – cisza między pokojami. Tomek jest jeszcze zbyt młody, by to wszystko wytłumaczyć, ale już wystarczająco dorosły, by odczuwać lęk po każdym dźwięku za ścianą.

Fabuła nie gloryfikuje ani nie potępia. Nie ma tu podziału na dobrych i złych. Jest matka, która próbuje utrzymać równowagę między miłością a przetrwaniem. Jest ojciec, który nie wrócił w pełni, stracił moralne drogowskazy i nie wie, kim się stał. I jest chłopiec, którego świat rozpada się nie głośno, a cicho – balansując między nostalgią, strachem a marzeniem o normalności.

Reżyser nie ukrywa: to osobista historia. W kilku wywiadach wprost mówi o doświadczeniach z dzieciństwa z ojcem alkoholikiem. Jednak w filmie to doświadczenie nie zamienia się w spowiedź. Raczej – w diagnozę epoki, kiedy wiele rodzin próbowało wyprowadzić swoje „po” z ruin „przed”. I nie wszyscy wiedzieli, jak.

Lokalne twarze, wielka gra aktorska

Rola Tomka jest skomplikowana i subtelna. To nie jest bohater, który dużo mówi, wyjaśnia czy robi coś szczególnego. Wszystko opiera się na spojrzeniach, pauzach, zmianie wyrazu twarzy. Teodor Koziar, uczeń z Wrocławia, poradził sobie z tym niezwykle precyzyjnie. Jego obecność w kadrze jest autentyczna – bez zbędnej teatralności, bez próby „wejścia w rolę”. On po prostu wydaje się żyć w kadrze. Dlatego widz wierzy mu od pierwszych minut.

Casting na główną rolę trwał długo, ale Aksinowicz szukał chłopca z odpowiednim wyczuciem miejsca i czasu. Teodora, jak opowiadają, na casting przyprowadziła mama. I od razu rozpoznano w nim potrzebną ciszę – tę, która towarzyszy dzieciom widzącym nieco więcej, niż by chciały. W kinie to bardzo rzadka cecha, zwłaszcza wśród nieprofesjonalnych aktorów.

Weronika Książkiewicz w roli matki – ciepła, opanowana, zmęczona. Nie załamuje się na ekranie i nie płacze na pokaz, ale jej zmęczenie jest wyraźne w każdym ruchu. To matka z lat 90., która potrafi dogadać się z sąsiadką, znaleźć niedrogie produkty i jednocześnie zachować u dziecka poczucie, że wszystko jest pod kontrolą. W scenach z Tomkiem czuć między nimi prawdziwą więź – nie scenariuszową, lecz ludzką.

Maciej Stuhr – ojciec – zagrał jedną z najtrudniejszych ról w swojej karierze. Jego postać nie jest potworem ani ofiarą. Jest czarujący, gdy trzeźwy, i straszny – gdy traci kontrolę. Jego oczy zmieniają się w trakcie filmu tak samo, jak atmosfera w domu. I tę metamorfozę aktor przeżywa bardzo precyzyjnie, w drobnych, ale ważnych detalach.

Role drugoplanowe – sąsiedzi, przyjaciele, krewni – tworzą gęste tło, które nie odwraca uwagi, lecz wzmacnia historię. Wielu aktorów filmu pochodzi z Wrocławia lub Dolnego Śląska. To nadaje filmowi tę teksturę, której często brakuje produkcjom z „wielkich” studiów. Bo gdy twój dom jest domem bohatera, grasz inaczej.

Film, który rozpoznaje się sercem

„Powrót do tamtych dni” został po raz pierwszy pokazany na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Film nie zdobył głównych nagród, ale widzowie reagowali na niego tak, jak wymagała tego fabuła – ze ściśniętymi dłońmi i długimi pauzami po napisach końcowych. Jest to właśnie ten przypadek, gdy kino nie jest głośne, nie jest widowiskowe, ale zostaje z tobą na długo. Bo coś w nim jest bardzo znajome. Nawet jeśli nie jesteś z Wrocławia.

W polskiej prasie o filmie pisano z szacunkiem, choć bez głośnego PR-u. Krytycy doceniali uczciwość opowieści, subtelną reżyserię i kreacje aktorskie. Szczególnie wspominano Stuhra – za złożoność postaci – i Teodora Koziara – za naturalną grę, która nie zepsuła filmu, a go upiększyła. A także – atmosferę czasów: muzykę, życie codzienne, zapachy, które w filmie czuć tak, jakbyś sam chodził po tej klatce schodowej z czerwoną terakotą.

Mimo całej „polskości”, film jest dobrze odbierany przez ludzi innych narodowości, w tym Ukraińców. Problem traum rodzinnych, dziecięcej bezsilności, dorosłej odpowiedzialności – wszystko to jest zrozumiałe bez znajomości kontekstu. Te same tematy poruszają widzów w Niemczech, Ukrainie, Litwie czy Kanadzie. Gdy ojciec wraca z zagranicy – ale jest już inny, i już nie cieszy, a przeraża – to jest znajome wielu.

Ciekawe, że wielu odkryło ten film właśnie na platformach streamingowych. Obecnie można go oglądać na Netflixie, z polskim dubbingiem i napisami. I warto to zrobić nie ze względu na temat alkoholizmu – takich historii jest mnóstwo – lecz ze względu na rzadki rodzaj emocjonalnej precyzji, którą reżyser osiągnął bez zbędnego patosu.

To kino o próbie zrozumienia – dlaczego tak się stało i jak z tym żyć. Bez happy endu, ale z pewną czułością dla każdej postaci. I być może właśnie dlatego po seansie ma się ochotę zadzwonić do matki. Albo popatrzeć na stare zdjęcia z dzieciństwa – i pomilczeć nieco dłużej niż zwykle.

Cóż, a dla wrocławian to jeszcze i okazja, by rozpoznać swój dom w kadrze. Podwórko, na którym grałeś w piłkę, naśladując ulubionych graczy Śląska Wrocław. Okna, z których latem rozbrzmiewało radio. I zrozumieć: czas się zmienia, ale pamięć żyje, dopóki żyjemy my.

Comments

...