Olaf Lubaszenko: aktor i reżyser, który śmieje się po burzy

Zaczynał jako nastoletnia gwiazda polskiego kina w roli aktora. Następnie grał u Krzysztofa Kieślowskiego, kręcił hity o chuliganach lat 90. i komedie, które cytuje pół Polski. Ale za barwnymi rolami i groteską bohaterów stał aktor, który walczył z depresją, szukał siebie w słowie, sporcie, ciszy. Ten artykuł na wroclaw-trend.eu – to próba zrozumienia, kim jest Olaf Lubaszenko dla historii kina.

Wrocław – miejsce startu, które niemal poszło w zapomnienie

Olaf Lubaszenko urodził się w 1968 roku we Wrocławiu – w mieście, które po wojnie przyjęło tysiące przesiedleńców i stopniowo przekształcało się w kulturalne centrum Polski. Ale sam on wspomina ten okres swojego życia bardzo fragmentarycznie. W rozmowie z polskimi dziennikarzami nie raz mówił, że pamięta raczej szpital niż ulice: rodzina mieszkała tam zaledwie kilka lat i wkrótce się przeprowadziła.

Wrocław nie stał się dla niego miastem dorastania ani kulturowych korzeni. Wręcz przeciwnie – być może właśnie brak tej lokalnej tożsamości pozwolił mu później stać się aktorem „wszechobecnym” – łatwo wcielać się w postacie warszawskich inteligentów, gdańskich bandytów czy polskich emigrantów w czeskim kinie.

Jego kariera aktorska nie zaczęła się we Wrocławiu ani w teatrze, lecz w telewizji – od dziecięcej roli w serialu „Życie Kamila Kuranta”. Lecz już wtedy wyróżniał się dziwną powagą spojrzenia – jak wspominają reżyserzy, „nie miał beztroski dziecka, patrzył jak dorosły, który w milczeniu rozumie więcej, niż mówi”.

Olaf zawsze był trochę nie ze swojego czasu – i trochę nie ze swojego miejsca. To poczucie wyobcowania, które towarzyszyło mu od najmłodszych lat, stało się ważną częścią jego aktorskiego warsztatu. Właśnie dlatego tak dobrze grał bohaterów, którzy nie pasują – do epoki, do społeczeństwa, do oczekiwań.

Kino lat 90.: bohater swojego pokolenia

Na początku lat 90. Olaf Lubaszenko stał się symbolem nowej, postkomunistycznej Polski – kraju, który szukał siebie między wolnością a zagubieniem, między bohaterstwem a bandytyzmem. Grał młodych mężczyzn, którzy chcieli kochać, buntować się, zarobić, uciec – i nie wiedzieli, jak to zrobić właściwie.

Filmy z tego okresu – „Kroll”, „Psy”, „Słodko-gorzki”, „Demony wojny według Goi” – stały się klasyką. W każdym z nich jego bohaterowie to wewnętrznie spięci, często zaszczuci ludzie, którzy nie nadążają za adaptacją do nowej rzeczywistości. Po mocnym debiucie Olaf nie musiał udowadniać swoich profesjonalnych zdolności. Jego twarz stała się rozpoznawalna. Ale jeszcze bardziej – jego spojrzenie, w którym zawsze żyło jakieś ciche zmęczenie, nawet w wieku dwudziestu lat.

Ironia polega na tym, że właśnie to spojrzenie pasowało do epoki lat 90.: wtedy Polska patrzyła na świat szeroko otwartymi oczami, ale wewnątrz niosła stare znużenie i nowe traumy. Lubaszenko grał to bez słów – jak ci bohaterowie, którzy niby chcą żyć, ale w każdym ruchu noszą niewypowiedziany ból. Oto krótki przegląd najwybitniejszych ról Lubaszenki.

Krótki film o miłości (1988)

W tej ekranizacji części „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego Lubaszenko zagrał Tomka – milczącego młodzieńca, który co wieczór podgląda przez okno starszą kobietę. Rola wyszła subtelna i wielowarstwowa: w spojrzeniu bohatera – i wstyd, i zachwyt, i samotność. Lubaszenko zagrał nie zboczeńca-woajera, a człowieka, który desperacko szuka kontaktu z innym światem, choć nie umie go zbudować. To jedna z jego najgłębszych ról dramatycznych, która przyniosła mu międzynarodowe uznanie.

Kroll (1991)

W filmie Władysława Pasikowskiego aktor wciela się w byłego żołnierza, który wraca z wojska i styka się z chaosem postkomunistycznej Polski. Bohater Lubaszenki jest jednocześnie silny i zagubiony, bo nie pasuje do nowej rzeczywistości. Jego wewnętrzny kodeks honorowy sprzeciwia się kryminalnym zasadom, które zapanowały. To rola, w której Olaf pokazał, jak można grać twardość bez brutalności – przez oczy, reakcje, milczenie.

Zabić Sekala (1998)

W czesko-polskim filmie wojennym Lubaszenko zagrał Jurę Barana – prostego kowala, który wpada w pułapkę moralną w okupowanej wsi. To powściągliwa, niemal minimalistyczna gra, za którą aktor otrzymał od razu dwie prestiżowe nagrody – polskiego „Orła” i „Czeskiego Lwa”. Rola udowodniła: nie potrzebuje głośnych dialogów, by przekazać głębię konfliktu – wystarczy wewnętrzne napięcie.

Śmiech przez ciemność: reżyserska ironia

Na przełomie tysiącleci Lubaszenko postanowił spróbować sił w reżyserii – i nieoczekiwanie dla wielu zaczął kręcić nie dramaty społeczne, a komedie. W 1997 roku ukazał się film „Sztos” – nostalgiczny kryminalny farsz o oszustach z epoki Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Potem były „Chłopaki nie płaczą”, „Poranek kojota”, „E=mc²” – filmy, które krytycy nazywali lekkimi, a widzowie – kultowymi.

I rzeczywiście, filmy te obfitowały w absurdalne dialogi, karykaturalnych bohaterów, sytuacje na granicy parodii. Ale za tym wszystkim kryła się wyraźna intonacja: trzeba się śmiać, bo inaczej tego nie wytrzymasz. To nie był cynizm, a strategia przetrwania – w świecie, gdzie nie obowiązują zasady moralne, śmiech pozostaje ostatnią bronią.

Olaf stworzył własny język kina komediowego, gdzie chuligani cytują filozofów, a bandyci zastanawiają się nad sensem istnienia. To był jednocześnie i szarża na rzeczywistość, i gorzka prawda o niej.

W tym komediowym grotesku Lubaszenko powiedział więcej o społeczeństwie postsocjalistycznym, niż wiele poważnych dramatów. Bo mówił od wewnątrz – nie jako moralista, a jako ten, który sam przeżył epokę – jej paradoksy i strachy.

Utrata, depresja i milczenie

Po burzliwym okresie twórczym lat 90. i początku 2000. Lubaszenko niemal zniknął z ekranów. Prasa pisała o jego „odejściu w cień”, a publiczność prawie nie słyszała o nowych rolach. Później sam otwarcie przyznał: to były lata wewnętrznego kryzysu, depresji, zmęczenia, które trudno było wyjaśnić słowami.

Olaf mówił, że przez długi czas „znikał od wewnątrz” – nawet kiedy na zewnątrz wydawał się aktywny. Nie mógł grać, pisać, być wśród ludzi. Wszystko wokół stawało się puste – i w tym stanie rozpoczęły się pierwsze wizyty u psychoterapeuty. Wtedy też zaczął pisać prozę, uczyć się na nowo być ze sobą szczerym.

Nie romantyzuje depresji. Wręcz przeciwnie – mówi o niej jako o chorobie, która może zniszczyć osobowość. Ale w jego historii – ciekawej, jak opowieść o wydobyciu marmuru na Dolnym Śląsku – coś inspiruje: uznanie wrażliwości stało się pierwszym krokiem do powrotu. Nie do dawnej sławy, ale do siebie.

Lubaszenko pokazał, że aktor – to nie zawsze silna osoba, która daje innym emocje. Czasami to człowiek, który po prostu chce nauczyć się znów czuć cokolwiek.

Teatr, książka i drugi oddech

W latach 2020. Olaf Lubaszenko nie dąży do powrotu na afisze z głośnymi blockbusterami. Jego nowy etap jest cichszy, ale bardziej treściwy. Kieruje teatrem imienia Adama Mickiewicza w Częstochowie, gra na scenie, pisze prozę, bierze udział w projektach telewizyjnych wybiórczo – tylko gdy czuje, że temat jest mu bliski.

Nie „walczy” już z zawodem – on nim żyje. W nowszych wywiadach Lubaszenko mówi spokojniej, ale głębiej. Rozmyśla nie o rankingach, a o ciszy, o tym, dlaczego teatr daje widzowi więcej, niż ekrany, i jak ważne jest, by pozwolić sobie żyć bez ciągłego „trzeba”.

Piłka nożna, która kiedyś była dla niego ucieczką, teraz – to po prostu hobby. Pisanie – nie sposób na zarobek, a forma terapii. A scena – nie arena, a przestrzeń, w której można być wrażliwym, nie bojąc się osądu.

Lubaszenko w dojrzałym wieku – to nie aktor, który próbuje coś udowodnić, a człowiek, który przeżył burzę i wyszedł z niej z głębszym zrozumieniem siebie.

Z czasem Olaf przestał być bohaterem pokolenia. Ale to tylko sprzyjało temu, by jego prawdziwy głos zabrzmiał najdobitniej.

Comments

.......