Wszystko zaczyna się od ciała zaszytego w krowią skórę. I codziennie – nowa śmierć, dokładnie według grafiku. Tajemniczy mściciel, zainspirowany historią z XVIII wieku, przeprowadza własną inkwizycję we Wrocławiu – mieście, które wciąż pamięta czasy, gdy nazywało się Breslau. Czy to tylko kolejny ostry polski kryminał, czy coś głębszego? Nakręcony w 2018 roku film „Plagi Breslau” (The Plagues of Breslau) pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi. A jednocześnie – zbyt mocno przypomina o rzeczywistości. Ale strona wroclaw-trend.eu opowie o najważniejszych kwestiach dotyczących tego filmu, który interesuje kinomanów i miłośników wrocławskiej historii.
Wrocław jako tło dla thrillera: jak miasto kształtuje atmosferę filmu
Polski thriller kryminalny The Plagues of Breslau opowiada o cienistej stronie naszego miasta. Wrocław jest jednak pełnoprawnym bohaterem filmu, który niesie ze sobą cień swojej historii. I choć film ma współczesne dekoracje, nazwa Breslau – stara niemiecka nazwa Wrocławia – od razu sygnalizuje: będzie to historia z drugim dnem.
W tym mieście, które przeżyło zmianę tożsamości, granic i władz, reżyser Patryk Vega rozwija opowieść o tym, jak przeszłość wnika w teraźniejszość. Sceny zbrodni – od Rynku Głównego po postindustrialne lokalizacje – przypominają widzowi, że nawet najpiękniejsze fasady mogą skrywać coś makabrycznego.
Zresztą, wykorzystanie Wrocławia to także sposób na dodanie filmowi lokalnego ducha. Jego topografia nie jest przypadkowa: wąskie uliczki, mosty, rzeka Odra – wszystko to staje się częścią opowieści o karze i sprawiedliwości. I chociaż fabuła filmu jest fikcyjna, jego styl wizualny wywołuje skojarzenia z prawdziwymi miastami, gdzie prawdę często ukrywa się głęboko pod brukiem.
W rezultacie widz czuje, że wraz z główną bohaterką przemierza miasto, które samo podpowiada odpowiedzi. I to jest jeden z powodów, dla których The Plagues of Breslau tak wciąga: Wrocław jest w nim żywy.
Fabuła filmu: kara, która przychodzi codziennie o szóstej

Pierwszą ofiarą jest mężczyzna zaszyty w krowią skórę, znaleziony w samym centrum Wrocławia. Na jego ciele wytatuowane jest słowo „wykolejeniec” jako znak potępienia. Ale to dopiero początek systematycznej gry ze śmiercią, pierwszy krok z sześciu.
Śledztwo prowadzi detektyw Helena Ruś – kobieta z charakterem i bliznami z przeszłości. Codziennie o godzinie 18:00 pojawia się nowa ofiara, a każda śmierć jest jak kopia średniowiecznej kary. Okazuje się, że wszystkie te morderstwa łączy wspólny zamiar: odtworzenie swoistej „plagi moralności” – ukaranie wad społecznych, które system rzekomo ignoruje.
Każda egzekucja symbolizuje jeden z „grzechów”: rozpustę, rabunek, łapówkarstwo, oszczerstwo, ucisk, podstęp. I choć wygląda to na maniakalną przemoc, z każdą nową sceną staje się straszno nie od krwi, ale od logiki, która za tym stoi.
Reżyser Patryk Vega nie ukrywa: to próba postawienia pytania: co się dzieje, gdy system nie działa? Kiedy winni nie są karani, a prawda staje się niepotrzebna? Nawiasem mówiąc, film jest często porównywany z klasycznym thrillerem Se7en Davida Finchera – i nie bez powodu. Tutaj również seryjny morderca działa według własnego „kodeksu grzechów”, a widz staje przed dylematem: to tylko przestępca czy ktoś, kto chce przywrócić sprawiedliwość w tak niejednoznaczny sposób?
Nie do końca złoczyńca: antagonistka, która zmusza do refleksji

Co, jeśli seryjny morderca – to nie psychopata, a głęboko zraniony człowiek, który po prostu zmęczył się obojętnością systemu? W The Plagues of Breslau główna antagonistka okazuje się nie taka, jaką wydaje się na początku. Ma jasny plan, motywację etyczną i… ideologię.
Okazuje się, że zabójczyni to profilerka, która pracowała wraz z policją nad sprawą. Jest ona też ostatnią „ofiarą” w swoim własnym rytuale. Jej motywy ujawniają się w finale: straciła rodzinę, pracę, wiarę w prawo i postanowiła stać się tą, która karze niesprawiedliwość, jeśli państwo nie jest w stanie tego zrobić.
I co najstraszniejsze – działania kobiety nie sprowadzają się do osobistej zemsty. Zostawia wyraźny ślad, scenariusz, przesłanie. Wszystko jest zaplanowane tak, by ktoś przejął pałeczkę. Jej finałowe przesłanie jest skierowane właśnie do detektyw Ruś: najwyższy czas działać dalej – teraz twoja kolej.
Ten zwrot akcji zmusza widza do zadania sobie trudnego pytania: jeśli motywy przestępcy są logiczne, jeśli ofiary są naprawdę winne – gdzie przebiega granica między dobrem a złem? Czy można współczuć zabójczyni, jeśli jej działania są reakcją na niesprawiedliwość systemową? Takie moralne szare strefy – to jeden z głównych nerwów filmu. A jednocześnie – to, co wyróżnia go spośród innych thrillerów gatunkowych.
Miasto, moralność i zemsta: czym The Plagues of Breslau przyciąga widza
„Plagi Breslau” to nie kolejny „kryminał z trupami”. Pozostawia dziwny, niepokojący posmak: jakby się zobaczyło coś znajomego, ale jednocześnie bardzo polskiego – ze swoją historią, bólem i głuchym krzykiem. Ten film gra na styku gatunków: thriller, dramat społeczny, a nawet przypowieść moralna.
Stolica Dolnego Śląska wypełnia każdy kadr filmu, oddycha przez swoje place, podziemia i strefy przemysłowe, aby wzmocnić realność tego, co się dzieje i nadać polskiego, a nawet regionalnego kolorytu. To właśnie Wrocław z jego podwojoną historią staje się idealnym tłem dla opowieści o dwoistości: prawa i sprawiedliwości, zbrodni i mszy, kary i oczyszczenia.
Lecz najważniejsze – to moralne pytanie, które film pozostawia bez odpowiedzi. Widzimy zabójczynię. Rozumiemy jej motywy. Nawet częściowo się z nimi zgadzamy. Ale czy to usprawiedliwia jej działania? I czy człowiek może brać na siebie rolę sędziego, jeśli wyznaczony sąd milczy? Trudno powiedzieć, ale tutaj bardzo dobrze ukazane są moralne plagi społeczeństwa w kontekście regionalnym. Film przypomina: czasami najgroźniejszą plagą jest obojętność, a ci, którzy przychodzą „leczyć”, mogą okazać się straszniejsi od śmiertelnej choroby.





